Jeden z pierwszych wpisów poprzedniej odsłony bloga dotyczył zdanego egzaminu teoretycznego na prawo jazdy. Wtedy przewidziałem, że z praktyką nie pójdzie mi tak dobrze i miałem niestety rację. Po kilku porażkach odłożyłem temat na bok. Nadszedł czas studiów, później aplikacji, a temat prawa jazdy ciągle powracał. Za każdym razem miałem milion wymówek – najpierw skończę studia, najpierw zdam kolokwium na aplikacji, itp. Mimo nacisków rodziny i znajomych do egzaminu nie podchodziłem.
Ale w końcu, po 10 latach od pierwszego egzaminu udało mi się dokończyć to co zacząłem. 31 stycznia 2017 r. zdałem egzamin praktyczny, a wczoraj odebrałem dokument uprawniający do kierowania pojazdami.
Zastanawiałem się oczywiście dlaczego zdobycie tak ważnego kawałka plastiku zajęło mi 10 lat. Doszedłem do krótkiego wniosku, że do prawa jazdy, tak jak i do wszystkiego w życiu, trzeba po prostu dojrzeć.
Gdy zaczynałem kurs w 2006 r. byłem młodym i głupim człowiekiem, który chciał zdobyć uprawnienia bo tak wypadało. Prawko robili wszyscy, więc ja też. Nie miałem w domu samochodu, przez co nie byłem oswojony z jazdą. Każda godzina za kółkiem była stresująca, a perspektywa zdobycia uprawnień – abstrakcyjna. Nawet po zdanym egzaminie nieprędko zacząłbym jeździć. Poza tym nie bardzo miałbym gdzie.
Po latach, gdy zacząłem pracować, brak prawa jazdy zaczął mi mocno doskwierać. Często musiałem jeździć pociągami lub autobusami, a załatwienie czegoś na mieście wiązało się z kilkunastominutowymi wędrówkami. Przez ten czas sporo też jeździłem samochodem jako pasażer. Obserwowałem zachowania kierowcy oraz innych uczestników ruchu, zapamiętywałem ciekawe sytuacje i ich rozwiązanie. Można powiedzieć, że odbywałem swego rodzaju mitorigeiko (見取り稽古), trening przez obserwację.
Gdy w końcu zdecydowałem się wykupić kilka lekcji i zapisać na egzamin, moje odczucia przy prowadzeniu samochodu były całkowicie inne niż 10 lat temu. Byłem spokojny, opanowany. Podświadomie wiedziałem jak się zachować w wielu sytuacjach, gdyż byłem świadkiem setek podobnych. Miałem też inne nastawienie – prawo jazdy jest mi potrzebne, kupiłem samochód i od razu mogę zacząć jeździć. Po 10 latach od ukończenia kursu i około 15 godzinach jazd doszkalających zdałem egzamin przy pierwszym podejściu.
Tak pokrótce wygląda moja historia ze zdobywaniem prawa jazdy. Pokazuje ona, że nie warto robić pewnych rzeczy tylko dlatego, że robią to inni lub tak wypada. Czasem trzeba jeszcze do nich dojrzeć, a wtedy na pewno odniesie się sukces.

Wczoraj wieczorem mojej gildii udało się po raz pierwszy pokonać Helyę w heroicznym trybie rajdu Trial of Valor. Ponieważ nie jesteśmy gildią nastawioną na progres takie małe zwycięstwa cieszą równie bardzo jak pokonanie bossa w trybie Mythic.

Postanowiłem ostatnio nagrywać rajdy. Oczywiście większość materiału leci później do kosza, chciałbym jednak zachować first kille na danym poziomie trudności. Ot tak, by kiedyś powspominać. Niestety wczoraj dopiero pod koniec walki zauważyłem, że nagrywanie się nie włączyło. Dobrze jednak, że udało mi się uchwycić chociaż te ostatnie dwie minuty.

Świąteczny odcinek komiksu Overwatch sprawił, że Internet oszalał. Okazało się bowiem, że Smuga jest lesbijką. Tak, Blizzard w końcu ujawnił homoseksualizm jednej z najbardziej rozpoznawalnych bohaterek gry. Oczywiście taki coming out natychmiast podzielił graczy na trzy obozy:

  1. „o nie, lewacka propaganda poprawności politycznej dotarła do Blizzarda, teraz wszędzie będą geje; przestaję grać! RAGE QUIT”;
  2. „w końcu, odmienne orientacje trzeba promować, oby więcej postaci okazało się być homo!”;
  3. jak dla mnie bez różnicy.

Ja zaliczam się do tej trzeciej grupy. To czy dana postać w grze jest takiej a nie innej orientacji zupełnie nie wpływa na jej odbiór przez mnie. Smugą w dalszym ciągu gra się tak samo, a jej design ciągle mi się podoba (kto nie miał Smugi jako tło pulpitu niechaj pierwszy rzuci kamieniem). Osoby o orientacji seksualnej innej niż nasza własna są stałym elementem otaczającej nas rzeczywistości. To nie kosmici, którzy pojawili się nagle i próbują nas przeciągnąć na swoją stronę, tylko zwykli ludzie o tak a nie inaczej ukształtowanych preferencjach. Nie rozumiem więc oburzenia tysięcy graczy, którzy w całej sytuacji doszukują się spisku. Nikt przecież nie oburza się, że swoją reprezentację w grze mają osoby o czarnych włosach bo to normalna rzecz.

Podoba mi się za to sposób w jaki orientacja Smugi została ujawniona. Nastąpiło to w sposób naturalny, nieostentacyjny. Smuga nie wyskoczyła nagle z tekstem, że jest lesbijką. Została pokazana jako normalna osoba, mająca swoją drugą połówkę z którą spędza święta. Blizzard po prostu pokazał stworzoną przez siebie postać od nieco innej strony, ale nie można im zarzucić, że zrobili to na siłę, „bo wypada mieć przynajmniej jedną homoseksualną postać w grze”.

I tutaj uderza druga grupa, czyli propagatorzy LGBT, zdaniem których powinien panować jakiś parytet orientacji seksualnej w grach.  Serio, tak jak w natura nie uznaje równości w tej kwestii, tak i nie powinno się tego robić na siłę w grach czy filmach. Później dochodzi do takich absurdalnych sytuacji, w których w lore dana postać jest homo, chociaż taka informacja niczemu nie służy. Nie wpływa na narrację, nie pokazuje postaci od innej strony, a jest tylko kolejną informacją w tabelce obok koloru oczu czy wzrostu.

Cieszy mnie, że Blizzard podszedł do tematu dojrzale. Smuci za to postawa graczy, którzy wzburzeni faktem, że obiekt ich westchnień woli kobiety zapowiedzieli odejście z gry. Chociaż dla społeczności to żadna strata.

Fanem serii „Assassin’s Creed” jestem od drugiej części. Losy Ezio Auditore da Firenze śledziłem z wielkim zaciekawieniem. I chociaż kolejne części nie miały już, przynajmniej moim zdaniem, tego „czegoś” to nadal świetnie się bawiłem przy grach z tego cyklu.

Do planowanej egranizacji podchodziłem z pewną rezerwą. Doświadczenie nauczyło mnie, że większość filmowców po prostu nie czuje gier i nie potrafi przełożyć jednego medium na drugie. Jednak pierwsze trailery wyglądały całkiem nieźle. Początkowy niepokój ustąpił miejsca entuzjazmowi. Czyżbyśmy w końcu doczekali się egranizacji na hollywoodzkim poziomie?

Niestety, pierwsze oceny były niepokojące i w zasadzie potwierdzały główne obawy wobec produkcji. Postanowiłem na własne oczy przekonać się, czy rzeczywiście jest tak źle. Dlatego też 7 stycznia wybrałem się do kina na seans „Assassin’s Creed”.

I niestety nie jest tak rewelacyjnie jak można by się spodziewać po nieźle zmontowanych zwiastunach. Film jest przegadany, zaburzona jest dysproporcja pomiędzy scenami z Animusa a tymi dziejącymi się w teraźniejszości. I nie chodzi nawet o to, że całość powinna skupiać się na wydarzeniach z przeszłości bo uważam, że można by nawet nakręcić dobry film z AC dziejący się wyłącznie w teraźniejszości. Po prostu wszystko jest pozbawione jakiegoś głębszego sensu, wycięcie tych ujęć tak naprawdę nie zubożyło by filmu.

Nie bardzo też wiadomo do kogo skierowany jest film. Dla fanów jest tu za mało tego co najważniejsze w AC, czyli samych asasynów oraz wartkiej akcji. Dla zupełnie zielonych z temacie – tło wytłumaczone jest zbyt chaotycznie i od tyłka strony. Jeśli ktoś więc nie miał styczności z tym uniwersum będzie totalnie zagubiony.

Tło muzyczne jest fajne, ale odnoszę wrażenie, że twórcy nie mogli się zdecydować jaki ma panować klimat. Jest trochę rocka, electro czy typowej muzyki filmowej. Totalny miszmasz. Aktorstwo również nie powala, chociaż to raczej wina nie samych aktorów (przecież Michael Fassbender i Marion Cotillard to nie byle rzemieślnicy) tylko scenariusza i reżyserii.

Tak czy inaczej „Assassin’s Creed” nie przejdzie do historii jako pierwsza całkowicie udana egranizacja.

Moja przygoda z blogowaniem sięga jeszcze czasów, gdy Neostrada o przepustowości 128 kb/s zaczęła podbijać polskie serca. Wielokrotnie zmieniałem miejsca, a to bloog.pl, a to blogspot.com – za każdym razem po kilkunastu wpisach mój zapał gdzieś się ulatniał. Do czasu gdy osiadłem na jogger.pl – pierwszy wpis pojawił się 18 lutego 2007 r., ostatni – 30 grudnia 2009 r. To niemal trzy lata pisania o sobie i swoim życiu. Niestety miałem coraz mniej czasu na pisanie, zmieniało się moje spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość, podobnie jak i zainteresowania moich czytelników. Blog umarł więc śmiercią naturalną.

Niemal rok temu zapowiedziano koniec platformy jogger.pl. I chociaż od mojego ostatniego wpisu upłynęło więcej czasu niż wynosiła długość życia mojego bloga, zrobiło mi się smutno. Okres blogowania to chyba najszczęśliwszy okres mojego życia. Myślałem o reaktywacji bloga, ale jak widać dojrzenie do tej decyzji zajęło mi trochę czasu.

Początkowo myślałem o zaimportowaniu wpisów z joggera, jednak zarzuciłem ten pomysł. Gdy pisałem tamte notki byłem zupełnie innym człowiekiem i lepiej chyba by zniknęły razem z platformą na której zostały zamieszczone. Oczywiście ciągle dysponuję kopią tych wpisów, więc być może kiedyś zmienię zdanie. Ewentualnie wrzucę wybrane, moim zdaniem najciekawsze wpisy.

Nie przeciągając już tego wstępu – witam ponownie na moim blogu.

Centavo (wcześniej blogujący jako Haku)